Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi – recenzja

Last but not least

Przebudzenie Mocy z 2015 roku nie było dobrym filmem. W rzeczywistości, biorąc pod lupę jego fabułę i dialog z poprzednimi częściami Gwiezdnych wojen, była to kompletna klapa. Kolejna część sagi, zatytułowana Ostatni Jedi, została powierzona Rianowi Johnsonowi, twórcy najlepiej chyba znanemu z produkcji wysoko cenionego serialu Breaking Bad. Reżyser nie zawiódł pokładanych w nim nadziei, stworzył nie tylko logiczną fabułę, lecz także potrafił rozprawić się z częścią niesmaku, który pozostał po Przebudzeniu.

Pierwsze minuty filmu to fabularne katharsis. Kylo Ren (Adam Driver) trafia na dywanik do swojego mistrza, Snoke’a (Andy Serkis), a ten niespodziewanie werbalizuje chyba wszystkie zarzuty, od jakich huczał internet po premierze VII epizodu. Młody Sith bierze sobie do serca nagany i pod każdym względem prezentuje się w tym filmie lepiej, niż w poprzednim. Wątek dręczących go etycznych wątpliwości, brak zdecydowania i jego sentymentalizm zostają umiejętnie pociągnięte. W ten sposób nieświadomie Kylo Ren nawiązuje bardziej niż do tej pory do postaci swojego autorytetu, Dartha Vadera.

Druga główna bohaterka najnowszej trylogii, Rey (Daisy Ridley), pozostaje mniej interesującą postacią. Na początku filmu znajdujemy ją tam, gdzie ją zostawiliśmy: na odległej planecie galaktyki, gdzie ukrywa się Luke Skywalker. Rey nawiązuje kontakt z legendarnym liderem rebelii i próbuje nakłonić go do powrotu na scenę polityczną.

W odróżnieniu od ostatnich odsłon Gwiezdnych wojen, na czele chyba z zeszłorocznym Łotrem, Ostatni Jedi nie wykazuje wielu cech sztampowości fabuły. A raczej potrafi je czasem przełamywać, wprowadzając nieoczekiwane zwroty akcji.

 

ostatni jedi

Kryształowy lisek
kadr z oficjalnego zwiastuna

Dużą rolę odgrywa nadal Finn (John Boyega), który od początku jest bohaterem raczej niepotrzebnym. Jego przygody zostały wprowadzone do scenariusza bardzo na siłę i nie zmieniają wiele w ciągu fabuły. Twórcy prawdopodobnie nie chcieli, by widzowie zapomnieli o jednym z głównych bohaterów Przebudzenia Mocy, jednak w Ostatnim Jedi jego udział jest całkowicie zbędny. Co innego Poe (Oscar Isaac), który przeszedł odwrotną drogę: od niekoniecznego dodatku i nadmiarowego bohatera z VII epizodu, do istotnej postaci, następcy Hana Solo, prowadzącego drugą linię fabularną niemal samodzielnie.

Ostatni Jedi siłą rzeczy kontynuuje błędy zapoczątkowane przez Przebudzenie. Wszelkie działania przy pomocy Mocy ukazane w częściach I-VI wyglądają jak dziecinne próby przy tym, co robią bohaterowie nowego filmu. Stare filmy prezentują się przez to coraz gorzej, a jednak saga stanowi ścisłą całość. Sytuację ratuje nieco fakt, że to starzy wyjadacze prezentują najlepsze sztuczki, mimo ogromnego potencjału, którym dysponują młodzi bohaterowie.

Chyba największą zaletą filmu jest pielęgnowanie nieoczywistości moralnych. Okazuje się, że działania „tych złych” mają jakieś uzasadnienie, za to „ci dobrzy” mają na swoim sumieniu różne, czasem bardzo poważne błędy. Odniesień do przeszłości znowu nie brakuje, nie są one jednak szkieletem całego filmu, a tylko ciekawym dodatkiem, środkiem do nawiązania dialogu z poprzednimi odsłonami sagi. Jednocześnie wymowa dzieła, werbalizowana przez Kylo Rena, sugeruje odcięcie się od przeszłości i wprowadzenie nowych rozwiązań. To zapowiada nam, że zakończenia poprzednich dwóch trylogii niekoniecznie będą dobrymi wskazówkami przy próbach zgadywania, jak potoczy się akcja epizodu IX. W rzeczywistości VIII część Gwiezdnych wojen przynosi na tyle dużo rozstrzygnięć, że nie wiadomo, na czym twórcy oprą fabułę zakończenia kolejnej z serii.

Ostatni Jedi?

ostatni jedi

Luke Skywalker został świetnie rozwinięty w tej części. kadr z oficjalnego zwiastuna

 


Stanisław Rohnka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Free apk download Free pdf download