„Fuocoammare. Ogień ma morzu” – recenzja

W odpowiedzi na trwający kryzys migracyjny, powstają w ostatnich latach filmy podejmujące tę drażliwą tematykę. Fuocoammare. Ogień ma morzu to dokument w koprodukcji włosko-francuskiej, obsypany nagrodami na tegorocznym Berlinale (Złoty Niedźwiedź, Nagroda Jury Ekumenicznego, Nagroda Amnesty International, Nagroda czytelników „Berliner Morgenpost”). Obecny był również w konkursie głównym poznańskiego festiwalu Transatlantyk.

Film Gianfranco Rosiego składa się niejako z dwóch, przeplatanych części. Całość dzieje się na małej włoskiej wyspie Lempedusa oraz u jej wybrzeży. Z jednej strony kamera obserwuje poczynania młodego emigranta, który został przygarnięty przez mieszkańców, a z drugiej towarzyszy ekipie ratunkowej, przechwytującej transporty z wycieńczonymi uchodźcami z rozmaitych terenów Afryki.

Życie chłopaka jest względnie normalne. I może właśnie o to chodzi. Nie wiadomo, kiedy zamieszkał we Włoszech – z jednej strony w miejscowym języku mówi płynnie, a z drugiej w szkole sobie nie radzi i dopiero uczy się ważnego w tych realiach fachu pływania łodzią. Interesuje go głównie zwiedzanie okolicy i strzelanie z procy. Dowiadujemy się także, że źle widzi na jedno oko.

Dużo poważniej robi się, gdy oglądamy nowo przybywających uchodźców. Ujęcia z ich łodzi lub statków ratowniczych przedstawiają obraz nędzy i rozpaczy. Sceny są momentami drastyczne i po obejrzeniu tego filmu nikt nie ma wątpliwości, że ludzie ci przeżywają skrajne chwile. Wyposażeni w maski, rękawice i szczelne kitle funkcjonariusze nierzadko nie są w stanie odratować odwodnionych i strutych przesiąkającą ubrania ropą przybyszów. O ile w ogóle do nich dotrą. Twórcy filmu zdobyli wstrząsające świadectwa z dramatycznych poszukiwań łodzi, która co prawda zgłasza się przez radio, ale wśród nocy jest niewidoczna.

Pojawiają się też „gadające głowy”, czyli ludzie wypowiadający swoje opinie do kamery. Lekarz z Lampedusy opowiada o trudach swojej pracy i wyznaje, że do drastycznych obrazów nie sposób się przyzwyczaić. Szczerze przekonuje o konieczności niesienia pomocy dla uchodźców. Z drugiej strony barykady, ciekawe są również zdjęcia z obozu ocalałych, gdzie panuje atmosfera zwycięstwa, ale zwycięstwa okupionego licznymi ofiarami, jak po wojnie. Niepowtarzalna jest scena, gdy w pokoju pełnym czarnoskórych wszyscy śpiewają, wprowadzając się w trans, a jeden z nich prowadzi monolog o przeciwnościach losu, jakie napotkali po drodze: „w Nigerii nas bombardowali, na Saharze nas gwałcili, a w Libii było ISIS.”

Trzeba oddać twórcom, że zdobyli mnóstwo naprawdę interesującego materiału. Jak na film dokumentalny, Ogień na morzu jest długi i może lepiej by wyszło, gdyby zaniechano kilku scen z nowego domu wspomnianego chłopaka. Mają one swoją wartość, ale w gruncie rzeczy nie są przesadnie ciekawe. Dokument ten jest interesujący, lecz nieco nużący.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.