Światłoczuli – recenzja „Midnight Special”

Najnowszy film Jeffa Nicholsa został stworzony z miłości twórcy do syna i siły napędowej, jaką był strach. Reżyser przyznaje w wywiadach, że jako świeżo upieczony ojciec drżał z przerażenia, że życie jego ośmiomiesięcznego syna wisi na włosku, gdyż ten miał wysokie gorączki, które były niebezpieczne dla jego zdrowia. W charakterystycznym dla siebie chłodnym a zarazem intrygującym stylu narracji, twórca przenosi pośrednio własne doświadczenia na ekran, snując przy tym opowieść o chłopcu, który posiada supermoce i twierdzi, że jest z innego świata. Inspiracje Nicholsa są widoczne w filmie, ale niespecjalnie zależy mu na nich – skupia się na tym, aby widz zaufał bohaterom tej opowieści i razem z nimi odbył podróż od punktu A do punktu B. Fani gatunku s/f będą zadowoleni ze świeżego podejścia do tematu równoległych światów, a zwolennicy kina drogi z wędrówki przez kilka stanów USA – każdy zatem przemierzy różne ścieżki, które finalnie połączą się. Droga jest wyboista i trupem ścielona – bywa, że policja siedzi na ogonie i ucieczka wydaje się niemożliwa, a czas ucieka. Gdzie więc bohaterowie tak pędzą? Najwięcej na ten temat dowiemy się od ośmioletniego dziecka.

Młody bohater, Alton Meyer (Jaeden Lieberher) to adoptowany syn pastora, który zostaje porwany przez swojego biologicznego ojca Roya Tomlina (Michael Shannon). Staruszek ma jednak dobre intencje – chce uchronić go od fanatyków religijnych, którzy traktują Altona jako tego, przez którego przemawia różnymi językami, najwyższy stwórca. Royowi pomaga dawny przyjaciel i ówczesny policjant Lucas (Joel Edgerton) i Sarah Tomlin (Kirsten Dunst), która z kolei jest matką chłopca. Konflikt narasta – w sprawę zaangażowani zostają agenci FBI i rząd federalny, którzy łączą siły z sektą pod przywództwem pastora. Z jednej strony mamy rodziców usiłujących pomóc synowi, któremu wierzą, że jest z innej rzeczywistości i który musi wrócić do „swoich”, a z drugiej jest grupa ludzi, która realizuje poprzez młodzieńca swoje interesy. O ile Ci pierwsi rozumieją, dlaczego Alton zaczytuje się w komiksach (m.in. o „Supermenie”), strzela wiązkami światła z oczu albo kontroluje zasilanie, tak Ci drudzy traktują go jako zagrożenie i cel do przechwycenia, zneutralizowania. I owszem, jest to dziwne i momentami irracjonalne, że rodzice godzą się na to, aby ich syn wkroczył do „świata nad światami” – jak sam go określa Alton – ale mają świadomość, że to co robią jest wyrazem zgody na własne decyzje i wybory młodzieńca. To trochę alegoryczna historia małżeństwa zawieszonego między troską o własne dziecko, a otoczeniem, które mu nie sprzyja. Zresztą do „Midnight Special” reżyser przemyca dużo dialogów rodem z ogniska domowego, co czyni go w którymś momencie filmem bardziej obyczajowym, niż gatunkowym s/f. W tym przypadku to zaleta, gdyż opowieść o prawie że wampirze ośmiolatku mającym na oczach gogle pływackie i latarkę w ręku, to luźne eksperymenty reżysera na postaci, które bronią się zarówno na papierze, jak i na ekranie.

Całość nie ma być jedynie popisem obsady, choć jest obłędna – twarze aktorów w zbliżeniach idealnie komponują się z pasującym do nich obrazem chłodnych moteli i pustych autostrad – razem tworzą niepokój wybrzmiewający praktycznie w co drugiej scenie. Napięcie budowane tu jest na niedopowiedzeniu i ambientowej muzyce Davida Wingo – stałego współpracownika Nicholsa. „Midnight Special” klimatem zahacza o thrillery takie jak „Blue Ruin” Jeremy’ego Saulniera czy „Prisoners” Denisa Villeneuve’a, tworząc tym samym własny tor narracji zbudowanej na nieoczywistościach. Ostatnie ujęcie Roya, podnoszącego oczy i tego, co w nich się przejawia, może rzucić zupełnie nowe światło na całą, budowaną powoli przez cały film, historię.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.